Bp Bernard Fellay: Nie możemy zaprzeczać rzeczywistości w imię wiary

Bp Bernard Fellay, przełożony generalny Bractwa Kapłańskiego Św. Piusa X

1 listopada br., w uroczystość Wszystkich Świętych, bp Bernard Fellay odprawił Mszę świętą w seminarium w Ecône. Podczas kazania, po przypomnieniu o duchowym znaczeniu tego święta, przedstawił aktualny stan relacji pomiędzy Bractwem Świętego Piusa X a Rzymem.

(…) Po co istnieje Bractwo Św. Piusa X? Dlaczego chcemy być kapłanami? Przecież nie dla samej tylko przyjemności sprawowania starej Mszy, lecz żeby osiągnąć niebo, żeby ratować dusze! Oczywiście, również dla zachowania skarbów Kościoła, ale właśnie po to, by ratować dusze, by je uświęcać odciągając od grzechu i prowadząc do nieba, do naszego Pana.

Jak wyglądają nasze relacje z Rzymem? Pozwólcie mi wyjaśnić dwie kwestie. Najpierw spójrzmy na to, co już się stało, a następnie na obecną sytuację, a być może i przyszłą.

Po pierwsze: to, co już miało miejsce. Ta próba – być może największa, przed jaką stanęliśmy – była wynikiem zbiegu kilku okoliczności, które zaszły w tym samym czasie doprowadzając do chaosu i wzbudzając głębokie, raniące wątpliwości – rzeczywiście, zadały one wiele poważnych ran, z których jedna przyprawiła nas o ogromny ból, a którą była utrata jednego z naszych biskupów. To nie jest błahostka! Nie doszło do tego wyłącznie na skutek obecnego kryzysu. To długa historia, ale i ona znajdzie tutaj swoje podsumowanie.

Dwa sprzeczne przekazy z Rzymu

No dobrze, co się zatem stało? Myślę, że pierwszą okolicznością jest problem dający o sobie znać już od kilku lat, o którym sam wspominałem co najmniej od 2009 r. Mówiłem, że stoimy wobec ścierających się w Rzymie sprzeczności. I od około roku, od września, w naszych relacjach ze Stolicą Apostolską te sprzeczności dawały o sobie znać. Oficjalnymi kanałami otrzymywałem pewne dokumenty, które jasno wskazywały na to, że Rzym jest gotów uznać Bractwo, ale za cenę podpisania dokumentu, którego podpisać nie mogliśmy. W tym samym czasie istniał odrębny kanał informacji, których autentyczności nijak nie mogłem kwestionować. I te informacje mówiły z kolei coś innego.

Zaczęło się to w połowie sierpnia, ale żadnego oficjalnego dokumentu nie dostałem aż do 14 września 2011 r. Od połowy sierpnia pewna osoba w Watykanie powtarzała nam, że „papież uzna Bractwo i odbędzie się to tak samo, jak z ekskomunikami” – innymi słowy bez konieczności wypełnienia jakichś warunków. Z takim nastawieniem przygotowywałem się więc na spotkanie 14 września, gromadząc argumenty, mówiąc [sobie]: „Ale czy dokładnie rozważyłeś, co robisz? Co próbujesz zrobić? Nic z tego nie będzie”. Tymczasem dokument, który nam przedstawiono, był zupełnie inny, niż zapowiadano. Nie czerpałem wiadomości tylko z jednego źródła; miałem ich kilka i wszystkie twierdziły to samo. Jeden z kardynałów powiedział: „Tak, to prawda, są różnice – ale tego chce sam papież”. [Wspomniana wyżej] osoba, od której otrzymaliśmy informację, po tym, gdy zobaczyła oficjalny dokument, powiedziała nam: „To nie jest to, czego chce papież”. A więc znów sprzeczność!

Co było robić? Zważywszy na powagę informacji wskazujących na to, że papież chciał podjąć jakieś działania – ale jak daleko idące? – byłem zobowiązany je zweryfikować. (Ale nie można było poinformować o tym wiernych.) Nastąpiło to kanałami nieformalnymi, lecz bliskimi papieżowi. Zacytuję wam niektóre z wypowiedzi, które do mnie dotarły. Pierwsza taka: „Wiem dobrze, że byłoby łatwiej zarówno dla mnie, jak i dla Bractwu, gdyby sprawy pozostały takimi, jakimi są”. To wyraźnie pokazuje, że papież wie, że on sam będzie miał problemy, i my również. Ale jak daleko chce się posunąć?

Inna wypowiedź papieża: „Niech Bractwo wie, że rozwiązanie jego problemu jest jednym z priorytetów mojego pontyfikatu”. Albo ta: „W Watykanie są ludzie, którzy robią wszystko, żeby storpedować plany papieża”. I ta: „Nie obawiajcie się; po wszystkim będziecie mogli atakować tyle, ile chcecie, tak jak obecnie”. A to inna wypowiedź: „Papież jest ponad Kongregacją Nauki Wiary i nawet jeśli Kongregacja Nauki Wiary podejmie w waszej sprawie niekorzystne decyzje, to papież je uchyli”.

Docierały do mnie tego rodzaju informacje. Oczywiście, nic nie jest jasne, kiedy z jednej strony ma się urzędowe dokumenty, na które trzeba udzielić negatywnej odpowiedzi, bo wymagają od nas zaakceptowania soboru – co nie jest możliwe – a z drugiej strony otrzymuje się takie wiadomości. Mimo to wystosowałem wstępną odpowiedź, w której powiedziałem „nie”. Zadzwonili do mnie z pytaniem, „czy nie mógłbym być nieco bardziej precyzyjny?”. Napisałem po raz drugi. Nie byli bardziej zadowoleni niż za pierwszym razem. I tak dochodzimy do 16 marca, kiedy pokazano mi list i powiedziano, że „pochodzi on z Kongregacji Nauki Wiary, ale został zatwierdzony przez papieża”. Gdybym w swoich rękach nie miał niczego poza tym listem, nasze rozmowy z Rzymem byłyby zakończone, ponieważ z jego treści wynikało, że nikt nie ma prawa konfrontować dawnego Magisterium z dzisiejszym. Zatem nikt nie ma prawa mówić, że dzisiejsze władze rzymskie stoją w opozycji do tych dawniejszych. Stwierdzał on również, że odrzucenie dokumentu z 14 września, który został wyraźnie zatwierdzony przez papieża, było równoznaczne z odrzuceniem jego autorytetu. Były nawet odniesienia do kanonów, które mówią o schizmie oraz o karze ekskomuniki za nią. List głosił dalej: „Papież w swej dobroci daje wam kolejny miesiąc na zastanowienie, a jeśli zechcecie zmienić swoją decyzję, powiadomcie o tym Kongregację Nauki Wiary”. I wszystko było jasne! Nie pozostało nic do zrobienia. Ten list, przekazany mi oficjalnym kanałem, kończył dyskusję. To koniec. Ale w tym samym czasie dostałem nieoficjalną wiadomość, która mówiła: „owszem, otrzymasz list w surowym tonie, ale zachowaj spokój”, a właściwie: „nie panikuj”.

List do papieża i jego odpowiedź

Ze względu na tego rodzaju interwencje ośmieliłem się pominąć Kongregację Nauki Wiary i napisać bezpośrednio do papieża. Uczyniłem tak również dlatego, że zdałem sobie sprawę, że najbardziej delikatna kwestia w naszych relacjach dotyczyła tego, że władze rzymskie były przekonane, iż [tylko] teoretycznie głosimy, że uznajemy papieża, ale w praktyce wszystko odrzucamy. Żywi się przekonanie, że według nas po 1962 r. nic już nie zostało: że nie ma papieża ani Magisterium. Pomyślałem, że powinienem to sprostować, bo to nieprawda. Odrzucamy wiele rzeczy, z wieloma się nie zgadzamy, ale kiedy mówimy, że uznajemy Benedykta XVI jako papieża, to jest to prawda – naprawdę uznajemy go jako papieża. Uznajemy, że jest on całkowicie zdolny do wykonywania działań przynależnych papieżowi.

Tak więc ośmieliłem się napisać. Była to oczywiście sprawa delikatna, bo trzeba było jednocześnie powiedzieć, że się zgadzamy i że się nie zgadzamy. Ten niezwykle delikatny list wydawał się zyskać aprobatę papieża, a później nawet kardynałów. Ale w tekście, który został mi zaprezentowany w czerwcu, wszystko, co wykreśliłem, bo nie mogło zostać przez nas przyjęte, zostało przywrócone.

Kiedy ten dokument został mi przekazany, powiedziałem: „Nie, nie podpiszę tego; Bractwo nie zamierza tego podpisywać”. Napisałem do papieża: „Nie możemy tego podpisać”. I wyjaśniłem: „Dotąd – skoro nie jesteśmy zgodni co do soboru i skoro Wasza Świątobliwość chce, jak się wydaje, nas uznać – myślałem, że Wasza Świątobliwość jest gotowy, by odłożyć kwestię soboru na bok”. Dałem przykład z historii dotyczący unii z Grekami uchwalonej na Soborze Florenckim, gdzie nie osiągnięto porozumienia w kwestii unieważniania małżeństw z powodu niewierności. Prawosławni sądzą, że jest to powód, dla którego można unieważnić małżeństwo, a Kościół katolicki, że nie. Nie osiągnięto porozumienia. I co uczyniono? Sprawa została odłożona na bok. Widać wyraźnie różnicę pomiędzy Dekretem dla Ormian, w którym kwestia małżeństwa została wspomniana, a sprawą Greków, gdzie została pominięta. Po tym odniesieniu napisałem: „Być może Wasza Świątobliwość może zrobić to samo; być może uważasz, Ojcze Święty, że bardziej istotną sprawą jest uznać nas jako katolików, niż nalegać na [to, byśmy przyjęli] sobór. Ale teraz, gdy mam w ręku list, który nam przekazano, myślę, że byłem w błędzie. Powiedz nam zatem, czego rzeczywiście chcesz, ponieważ ta sprawa budzi wśród nas zamęt”.

Papież odpowiedział mi listem z 30 czerwca, w którym postawił trzy warunki:

Po pierwsze, musimy uznać, że Magisterium jest autentycznym sędzią Tradycji Apostolskiej – co oznacza, że to Magisterium orzeka, co należy do Tradycji. To prawda. Ale oczywiście rzymskie władze chcą to wykorzystać, by móc powiedzieć: uznaliście to i dlatego my teraz decydujemy, że sobór jest zgodny z Tradycją i musicie go zaakceptować. A to, nawiasem mówiąc, jest właśnie drugi warunek.

Trzeba, abyśmy przyjęli, że sobór jest integralną częścią Tradycji, Tradycji Apostolskiej. Ale tu właśnie mówimy, że codzienność udowadnia nam coś przeciwnego. Jak ktoś może nagle stwierdzić, że ten sobór jest tradycyjny? Aby można było coś takiego powiedzieć, konieczna byłaby całkowita zmiana znaczenia terminu „Tradycja”. I rzeczywiście, jasno zdajemy sobie sprawę, że zmieniono znaczenie słowa „Tradycja”, bo nie jest bez znaczenia to, że na II Soborze Watykańskim odrzucono definicję św. Wincentego z Lerynu, która jest definicją całkowicie tradycyjną: „To, w co wszyscy wierzyli wszędzie i zawsze”.

„To, w co wierzono” to przedmiot. Tymczasem dla nich Tradycja jest czymś żywym, nie jest już przedmiotem, ale tym, co nazywają „Kościołem podmiotowym”, Kościołem, który rośnie. Tradycja jest tym, co z wieku na wiek rodzi i gromadzi nowe elementy. I to gromadzenie to Tradycja, która się rozwija, która się powiększa. To znaczenie [Tradycji] jest również prawdziwe, ale drugorzędne.

Jako trzeci warunek podano, że należy zaakceptować ważność i legalność nowej Mszy.

Wysłałem do Rzymu dokumenty kapituły generalnej, naszą końcową deklarację, która jest [zupełnie] jasna, oraz nasze warunki dotyczące ostatecznego – kiedy nadejdzie na nie czas – porozumienia w sprawie możliwego uznania kanonicznego. Są to warunki, bez spełnienia których nie jest możliwe, żeby Bractwo przetrwało; po prostu uległoby samozniszczeniu. Przyjęcie wszystkiego, co czyni się dzisiaj w Kościele, oznaczałoby samozagładę. Byłoby to porzucenie wszystkich skarbów Tradycji.

Skąd w Rzymie te sprzeczności?

Proponowane pojednanie w rzeczywistości sprowadza się do pogodzenia nas z II Soborem Watykańskim. Nie z Kościołem, nie z Kościołem wszystkich czasów. Poza tym nie potrzebujemy, żeby nas godzono z Kościołem wszystkich czasów, bo jesteśmy jego częścią. Tymczasem Rzym mówi: „Nie otrzymaliśmy jeszcze waszej oficjalnej odpowiedzi”. A przecież trzy razy odpowiedziałem, że nie możemy, że nie pójdziemy tą drogą.

Nie tak dawno temu byliśmy świadkami, jak przewodniczący Ecclesia Dei, który jest jednocześnie prefektem Kongregacji Nauki Wiary, twierdził, że rozmowy z Bractwem zostały zakończone. A najnowsza deklaracja Ecclesia Dei, z ostatniej soboty, głosi: „Nie, musimy dać im trochę czasu. To zrozumiałe, że po 30 latach dyskusji oni potrzebują trochę czasu; widzimy, że bardzo chcą się pogodzić”. Mam wrażenie, że oni pragną tego bardziej od nas. I zastanawiam się, co się dzieje?

Oczywiście, to znowu jest sianie zamętu, ale nie możemy pozwolić, by to nas [nadmiernie] niepokoiło. Dalej podążamy obraną drogą. Po prostu. Kolejny raz możecie dostrzec przejawy sprzeczności, jakie targają Rzymem. Co jest ich przyczyną? Oczywiście to, że są ludzie, którzy chcą nadal iść drogą nowoczesności, podążać ścieżką zniszczenia, spustoszenia, ale są i inni, którzy zaczynają zdawać sobie sprawę, że to nie przynosi oczekiwanych skutków i którzy dobrze nam życzą. Ale czy możemy im zaufać? To zależy od okoliczności; nie wystarczy, że dobrze nam życzą.

W czasie tych wszystkich dyskusji doszedłem do wniosku – i myślę, że to wyjaśnia aktualne wydarzenia – że papież rzeczywiście żywi pragnienie uznania Bractwa. Jednak warunki, które stawia, są dla nas nie do przyjęcia. Warunki, które znalazły się w jego liście, są dla nas po prostu nie do przyjęcia.

Stwierdzić, że sobór jest zgodny z Tradycją! Tymczasem wszystko mówi nam coś wręcz przeciwnego! 50 lat historii Kościoła mówi nam coś przeciwnego! Przyznać, że nowa Msza jest dobra! Również tutaj wystarczy tylko otworzyć oczy, żeby ujrzeć katastrofę. Doświadczenia, jakie mieliśmy w ostatnich latach z kapłanami, którzy przyjeżdżają nas poznać, są bardzo pouczające. Całkiem niedawno miałem takie spotkanie. Byłem w Argentynie, gdzie poznałem stosunkowo młodego księdza, który nie wiedział absolutnie nic o Tradycji, który [dopiero] odkrywał Mszę. To był pierwszy raz, gdy widział tradycyjną Mszę św. – do niedawna nie wiedział nawet, że ona istnieje. Jaka była jego reakcja? Powiedział, że był strasznie sfrustrowany, zły na tych, którzy ukryli przed nim ten skarb! Oto jego reakcja: „To właśnie jest Msza? Nigdy nam o tym nie mówiono!”.

Tradycja nie jest anachronizmem, ale skarbem

Droga wyjścia z tego kryzysu jest dość prosta. Jeśli chcemy mówić o nowej ewangelizacji – określenia, których używamy, są nieistotne – to jedynym sposobem na wyjście z kryzysu jest powrót do tego, co zawsze było praktyką Kościoła. To jest bardzo proste; to nie jest skomplikowane. I to nie jest anachroniczne czy archaiczne. Wiem bardzo dobrze, że żyjemy w świecie dzisiejszym, a nie wczorajszym czy przedwczorajszym. Istnieją – to prawda – nowe problemy, ale są też rozwiązania pochodzące od Boga! Te rozwiązania są wieczne. Wiemy, że nie ma takiej chwili w naszym życiu, żebyśmy byli pozbawieni łaski. Zawsze jest wybór; zawsze, gdy przychodzi pokusa, dobry Bóg daje nam łaskę odpowiednią do sytuacji, tak, abyśmy mogli ją przezwyciężyć. Boże przykazania są tak samo ważne dziś, jak były wczoraj. Bóg się nie zmienia!

A zatem, gdy mówią nam, że niezbędne jest dostosowanie się do świata, przyjęcie jego języka… lub cokolwiek, trzeba próbować to wyjaśnić. Tak, to jest prawda, ale nie ma potrzeby zmieniać Prawdy. Droga do nieba wciąż pozostaje drogą wyrzeczenia się grzechu, szatana i świata. Jest to pierwszy warunek, który znajdujemy w przyrzeczeniu chrzcielnym: „Czy wyrzekasz się szatana? Czy wyrzekasz się wszystkich spraw jego?”. To jest wciąż ta droga i nie ma innej. Ludzie opowiadają się dziś za rozwodami i powtórnymi małżeństwami. W ubiegłym roku niemieccy biskupi oświadczyli, że jednym z ich celów jest doprowadzenie do tego, by rozwiedzeni, którzy wstąpili w ponowne związki, mogli przyjmować Komunię.  Dobrze! Kościół, i nie tylko Kościół, ale sam Bóg mówi nam: nie, trzeba najpierw uregulować tę sytuację. Bóg daje łaskę tym, którzy są w trudnej sytuacji. Nikt nie mówi, że to proste! Kiedy małżeństwo się rozpada, to jest tragedia, ale dobry Bóg daje łaskę. Ci, którzy tego doświadczają, muszą być silni, a Krzyż naszego Pana jest im pomocą, ale [Bóg] nie uzna, nie pobłogosławi powtórnego małżeństwa, jak to się robi tutaj, w diecezji Sion, gdzie mają ryt błogosławieństwa takich związków. Ludzie nie mówią tego zbyt głośno, ale taka jest rzeczywistość. Dziś błogosławi się grzech – to nie może pochodzić od Boga! Kapłani i biskupi wiodą dusze do piekła. Czynią coś dokładnie przeciwnego do tego, do czego zostali powołani, gdy przyjmowali święcenia.

To jest rzeczywistość Kościoła, z którą mamy do czynienia! I jak ktoś może powiedzieć temu wszystkiemu „tak”? To jest tragedia Kościoła, z którą jesteśmy konfrontowani.

Jeśli chodzi o przyszłość, to będziemy się starali powiedzieć władzom w Rzymie, że ze względu na wiarę nie jest dobrze udawać, iż Kościół nie może się pomylić. Jeśli chodzi o wiarę, to jesteśmy całkowicie zgodni co do asystencji Ducha Świętego, lecz musicie otworzyć oczy na to, co się dzieje w Kościele! Trzeba przestać mówić: Kościół nie może zrobić niczego złego, a zatem nowa Msza jest dobra. Trzeba przestać mówić: Kościół nie może zbłądzić, a sobór nie zawiera błędu. Spójrzcie dookoła siebie! Nie może być sprzeczności pomiędzy rzeczywistością, którą postrzegamy, a wiarą. Ten sam Bóg stworzył jedną i drugą. Dlatego, jeśli zachodzi oczywista sprzeczność, to z pewnością istnieje też rozwiązanie. Może go jeszcze nie znamy, ale nie możemy zaprzeczać rzeczywistości w imię wiary! Takie wrażenie odnosi się w związku z tym, co Rzym próbuje nam dziś narzucić. A my odpowiadamy – nie możemy [tego zaakceptować]. To wszystko.

A zatem, cokolwiek ma się stać, my będziemy kontynuować [nasze dzieło]! Wiemy bardzo dobrze, że pewnego dnia ta próba – próba, przed którą stoi cały Kościół – się skończy, choć nie wiemy jak. Staramy się robić wszystko, co w naszej mocy. Nie lękajcie się. Dobry Bóg czuwa nad wszystkim; to On wciąż rządzi. To coś nadzwyczajnego. A Kościół, nawet w tym stanie, nadal jest święty, nadal jest zdolny do uświęcania. Jeżeli dzisiaj, moi najdrożsi bracia, przyjmujemy sakramenty, łaskę, wiarę – to od tego Kościoła katolickiego; nie dzięki jego wadom, lecz z pewnością od tego rzeczywistego, konkretnego Kościoła. To nie jest obraz, to nie jest idea, to jest rzeczywistość, najpiękniejszy z aspektów, które dziś celebrujemy – niebo. Właśnie! Niebo jest przygotowywane tutaj, na ziemi. To właśnie jest piękno Kościoła, ta przerażająca, niezwykła walka z siłami zła, w której Kościół bierze udział. I nawet pośród tych straszliwych cierpień, których dziś doznaje, Kościół nadal jest w stanie przekazywać wiarę, przekazywać łaskę, sakramenty. I jeśli dajemy je – te sakramenty i tę wiarę – to od tego Kościół, to w imię tego Kościoła, to czynimy to jako narzędzia i członkowie Kościoła katolickiego.

Oby święci w niebie i aniołowie przyszli nam z pomocą i udzielili swego wsparcia! Oczywiście, nie jest nam łatwo; to jasne, że jesteśmy pełni obaw. O tym właśnie mówi dzisiejszy graduał. Należy bać się Boga. Tym, którzy się Go boją, Bóg ofiarowuje wszystko.  Nie należy się wzbraniać przed uczuciem Bożej bojaźni. Bojaźń Boga jest początkiem mądrości. Może prowadzić nas tutaj, na ziemi, przez labirynty życia ku niebu, gdzie Najświętsza Maryja Panna, Królowa Wszystkich Świętych, Królowa Aniołów, naprawdę jest naszą opiekunką, naszą Matką. Jeśli mówimy o naszym Panu, że On chce być wszystkim we wszystkich, to niemal to samo musimy powiedzieć o Najświętszej Maryi Pannie. W Niebie mamy Matkę, która otrzymała od Boga niezwykłą moc, moc zmiażdżenia głowy szatana, zmiażdżenia wszystkich herezji. Dlatego możemy powiedzieć, że ona jest Matką wiary, Matką łaski. Pójdźmy do Niej. Poświęćmy Jej nasze życie, nasze rodziny, nasze radości, nasze cierpienia, nasze plany, nasze pragnienia. Niech prowadzi nas do wiecznej przystani, abyśmy już zawsze cieszyli się szczęściem ze wszystkimi świętymi, tą wizją Boga, która jest wizją uszczęśliwiającą. Niech tak się stanie. Amen (źródło: dici.org, 9 listopada 2012).

W tłumaczeniu starano się zachować mówiony styl wypowiedzi. Śródtytuły pochodzą od redakcji DICI.

Ten wpis został opublikowany w kategorii Kazania, przemówienia i listy, Rozmowy z Rzymem i oznaczony tagami , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.