Rozmowa Pawła VI z abp. Lefebvre’em

Paweł VI

17 maja br. Katolicka Agencja Informacyjna zamieściła w swoim serwisie internetowym artykuł pt. Opublikowano zapis rozmowy Pawła VI z abp Lefebvre’m, będący w zasadzie tłumaczeniem wpisu pt. Ecco il verbale segreto dell’incontro fra Paolo VI e Lefebvre z witryny „Vatican Insider”; z polskim tekstem można się zapoznać także na stronie „Gościa Niedzielnego”. Znany dziennikarz Andrzej Tornielli poinformował w artykule, że wydana w maju br. książka zatytułowana La barca di Paolo (Łódź Pawłowa), poświęcona pontyfikatowi papieża Montiniego (jej autorem jest regens Prefektury Domu Papieskiego, ks. Leonard Sapienza), zawiera transkrypt1 rozmowy, jaką podczas audiencji udzielonej mu 11 września 1976 r. w Castel Gandolfo abp Marceli Lefebvre przeprowadził z Pawłem VI w obecności abp. Jana (Giovanniego) Benellego, substytuta w Sekretariacie Stanu oraz prałata Paskala Macchiego, prywatnego sekretarza papieża2.

Książka ks. Sapienzy, zawierająca różne niepublikowane dotąd dokumenty – m.in. dwa listy z decyzją o rezygnacji z urzędu papieskiego, przygotowane przez Pawła VI i datowane na 2 maja 1965 r. (a więc w dwa lata po wyborze na Stolicę Piotrową) na wypadek choroby, która uniemożliwiłaby mu dalszą posługę (wł. in caso di malattia invalidante)3 – została, co oczywiste, napisana i wydana w perspektywie zapowiedzianej na 14 października br. kanonizacji papieża Montiniego. W podobnej perspektywie został napisany wspomniany artykuł w „Vatican Insider”; czytelnik może zeń poznać krótką historię wydarzeń, które doprowadziły do ukarania abp. Lefebvre’a suspensą a divinis, a następnie do dramatycznego spotkania w Castel Gandolfo. Obraz rozmówców, jaki wyłania się z artykułu, jest jednoznaczny: z jednej strony zatwardziały w nieposłuszeństwie abp Lefebvre (Paweł VI: „Waszej Ekscelencji powiedziano i napisano wiele razy, że się myli i dlaczego się myli. Wasza Ekscelencja nigdy nie chciał słuchać. […] Gdyby Wasza Ekscelencja podjął wysiłek, aby zobaczyć i zrozumieć to, co czynię i mówię każdego dnia, by zapewnić Kościołowi wierność wobec wczoraj oraz wymagań dnia dzisiejszego i jutrzejszego, to nie doszedłby do tej bolesnej sytuacji, w której się znajduje […]”), z drugiej – udręczony, bolejący nad krnąbrnością francuskiego hierarchy, ale także nad problemami w Kościele papież, który jest pełen pokory („Z pokorą przyjmuję reprymendy Waszej Ekscelencji”) i który z całych sił nieustannie pracuje dla dobra tego Kościoła („Każdego dnia pracujemy z wielkim wysiłkiem i z równym uporem, by wyeliminować pewne nadużycia, niezgodne z obowiązującym prawem Kościoła, które jest prawem Soboru i Tradycji. […] To my pierwsi ubolewamy z powodu nadużyć. Jesteśmy pierwszymi i najbardziej dbającymi o szukanie lekarstwa”). Papież, który – jak do tamtej pory bezskutecznie – starał się („Trzykrotnie Paweł VI pisał listy do arcybiskupa i posyłał swoich wysłanników, by odwiedzili siedzibę tradycjonalistów”) zażegnać rozłam, jaki tamtego „gorącego lata” 1976 r. groził Kościołowi. Czy jednak ten obraz dobrego papieża i złego arcybiskupa jest prawdziwy?

Nie ma tu miejsca ani na szeroki opis relacji abp. Lefebvre’a z Rzymem (został on zresztą przedstawiony w kilku książkach), ani na szczegółową analizę wypowiedzi Pawła VI. Przyjrzyjmy się bliżej jednemu fragmentowi artykułu:

„Jeśli Wasza Ekscelencja nie jest przeciwko Soborowi – mówił dalej Paweł VI – to musi się do niego stosować, do wszystkich jego dokumentów.”

Przekonanie, że dokumenty II Soboru Watykańskiego w całości należą do depozytu wiary, a ich ranga doktrynalna jest niepodważalna (a więc muszą być w całości i bez zastrzeżeń uznane przez wszystkich katolików), było rozpowszechniane (przykładowo w pierwszym liście, jaki 29 czerwca 1975 r. Paweł VI wysłał do abp. Lefebvre’a, papież napisał m.in.: „Jak można zatem […] zwalczać […] sobór taki, jak II Sobór Watykański, o autorytecie nie mniejszym aniżeli Sobór Nicejski, a pod pewnymi względami nawet większym?”; z kolei w trzecim liście, z 15 sierpnia 1976 r., znalazło się zdanie: „Twoje stanowisko przeczy zarówno Ewangelii, jak i wierze”) i utrzymywane dość długo, i to pomimo równoczesnych zapewnień, że sobór był jedynie „pastoralny”, a nie dogmatyczny. Wszystkich, którzy odrzucali bądź to wybrane sformułowania, bądź całe dokumenty soborowe, traktowano jak niegdyś traktowało się heretyków – i skazywano na ostracyzm. Tymczasem, jak w 2016 r. przypomniał abp Gwidon Pozzo, sekretarz Papieskiej Komisji Ecclesia Dei, w dokumentach Vaticanum II „nie chodzi o doktrynę czy definitywne orzeczenia, ale raczej o instrukcje i wskazówki dla pracy duszpasterskiej” i że to „było jasne już podczas soboru. Jego sekretarz generalny, kard. Perykles Felici, 16 listopada 1964 r. oświadczył: «Ten święty sobór definiuje tylko tę naukę jako wiążącą dla Kościoła, którą wyraźnie zadeklaruje jako taką odnośnie do wiary i moralności». Tylko te teksty, które ojcowie soboru uznali za wiążące, mają być za takie uważane. Nie zostało to [później] wymyślone przez «Watykan», ale jest zapisane w oficjalnym sprawozdaniu soboru”. Zatem abp Lefebvre – ani nikt inny – wcale nie musiał się „stosować do wszystkich dokumentów” soboru – nawet jeśli tego domagał się papież Montini, który już po wspomnianej audiencji, w czwartym liście z 11 października 1976 r. pisał do Arcybiskupa, że „bodaj najistotniejszym, fundamentalnym wręcz problemem” jego przypadku jest „jasno wyrażona odmowa uznania autorytetu II Soboru Watykańskiego w całej jego rozciągłości”.

Taktyka modernistów – wśród nich Pawła VI – polegała bowiem właśnie na tym, by powołując się na swój autorytet, wówczas bez zastrzeżeń uznawany przez wszystkich katolików, wygłaszać różne absolutne twierdzenia i formułować zakazy i nakazy, które – choć nie miały oparcia w stanie prawnym czy tradycji Kościoła – były obliczone na zastraszenie topniejącej opozycji. Taktyka ta niestety przyniosła modernistom nadspodziewane sukcesy, tylko akurat nie w przypadku abp. Lefebvre’a.

Zanim oddamy głos abp. Lefebvre’owi, warto zwrócić uwagę na jeszcze jeden aspekt sprawy. Otóż relacje między nim a Rzymem nie wyglądały wcale w ten sposób (jak zdaje się sugerować artykuł Tornellego), że z jednej strony papież pisał do francuskiego hierarchy koncyliacyjne listy i posyłał „swoich wysłanników, by odwiedzili siedzibę tradycjonalistów”, a z drugiej strony odpowiadała mu cisza. Abp Lefebvre przez wiele lat aktywnie dążył do uzyskania audiencji – została mu ona udzielona dopiero wówczas, gdy sprawy zaszły już bardzo daleko, a w mediach podniósł się szum.

* * *

15 września 1976 r. abp Lefebvre zorganizował w Ecône konferencję prasową, podczas której udzielił dziennikarzom informacji o przebiegu audiencji w Castel Gandolfo. Tego samego dnia „L’Osservatore Romano” zamieściło oświadczenia dyrektora biura prasowego Stolicy Apostolskiej, o. Romea Pancirolego, jakoby Paweł VI nie zarzucał abp. Lefebvre’owi nakazywania seminarzystom składania przysięgi przeciwko papieżowi. W komunikacie z 18 września abp Lefebvre napisał: „Jesteśmy gotowi przysiąc na krucyfiksie, że papież takie oskarżenie rzeczywiście wysunął. Zdumieni nim, zapytaliśmy Ojca Świętego, czy mógłby nam w takim razie dostarczyć treść owego ślubowania. Jakże moglibyśmy bowiem wpaść na pomysł przypisywania Ojcu Świętemu podobnych słów, jeśli takie ślubowanie nigdy nie istniało, ani w rzeczywistości, ani też w naszym sercu? Jest niepojęte, iż dyrektor Biura Prasowego rozpowszechnia tak oczywiste kłamstwa”. W tym samym dniu Arcybiskup wygłosił w Ecône mowę do seminarzystów o przebiegu audiencji u Pawła VI oraz o „pewnych wydarzeniach, mających miejsce od lipca do września 1976 r.”. Poniżej publikujemy obszerny fragment tej mowy.

Udaliśmy się zatem do Besançon. […]

I wtedy przybył do mnie ten ksiądz! Powiedziano mi: „Oto ksiądz z Rzymu, który koniecznie chce się widzieć z Waszą Ekscelencją. Ma Ekscelencji coś ważnego do przekazania”. – Zatem dobrze, po Mszy mogłem poświęcić mu kilka minut. Ksiądz ten powiedział mi później, że został posłany przez biskupa z Chieti oraz że Ojciec Święty z całą pewnością jest gotów udzielić mi audiencji. Odpowiedziałem temu księdzu: „Podróż do Rzymu jest bezcelowa i niczego nie wniesie. Nie mam zamiaru podejmować się tego, przynajmniej teraz. Najpierw muszę pojechać do Fanjeaux, dopiero potem do Rzymu, gdzie muszę wziąć udział w spotkaniu Bractwa. Teraz naprawdę nie mogę jechać. Tak czy inaczej będzie to znowu to samo. Powiedzą mi: może Ekscelencja zostać przyjęty pod warunkiem, że zaakceptuje sobór i jego reformy”. „Nie, nie – zapewnił mnie ów ksiądz – coś się zmieniło. Zapewniam Waszą Ekscelencję, że dzisiejsza sytuacja jest zupełnie inna niż ta, która panowała jeszcze przed miesiącem. Ekscelencja zostanie przyjęty przez Ojca Świętego. To jest pewne. Ordynariusz Chieti będzie towarzyszył Ekscelencji do Ojca Świętego”. Zaufałem zatem abp. [Valentiniemu z] Chieti i powiedziałem sobie: Być może jest to osobisty przyjaciel Ojca Świętego. Może Ojciec Święty powierzył mu misję dyskretnego ściągnięcia mnie do Rzymu, by tam móc ze mną porozmawiać. To w końcu możliwe. Postanowiłem zatem po wizycie w Fanjeaux spędzić 48 godzin w Rzymie, by zobaczyć, czy da się przeprowadzić całą sprawę. W rzeczywistości jednak jechałem tam z przekonaniem, że rozwiązanie sprawy jest i będzie niemożliwe.

W czwartek pojechaliśmy więc do Albano. W piątek wczesnym rankiem spotkałem tego księdza w Rzymie, a wtedy powiedział mi: „Jeśli mógłby Ekscelencja napisać kilka słów do Ojca Świętego, jestem gotów je przekazać. Zawiozę ten list do Castel Gandolfo”. Napisałem zatem krótki, bardzo krótki list, o takiej mniej więcej treści: „Ojcze Święty! Niech Wasza Świątobliwość raczy przyjąć zapewnienie o mojej głębokiej czci. Jeśli pewne sposoby artykułowania myśli, zawarte w mych słowach lub pismach, nie spodobały się Waszej Świątobliwości, żałuję tego głęboko. Wciąż żywię nadzieję, że Wasza Świątobliwość udzieli mi audiencji i zapewniam Go o moim najgłębszym, podobnym synowskiemu oddaniu”. Po czym list ten podpisałem. Ksiądz ten nie przeczytał nawet tych słów, włożył go do koperty, natychmiast ją zakleił i zaadresował w zwyczajowy sposób, przyjęty dla korespondencji z Ojcem Świętym. Potem pojechaliśmy do Castel Gandolfo.

Tam wszystko odbyło się zupełnie inaczej, aniżeli piszą o tym gazety, m.in. „Le Monde”. Relacjonują coś, czego nigdy nie było. Piszą, że chciałem się spotkać z msgr. Macchim, który właśnie przechadzał się z Ojcem Świętym po ogrodach Castel Gandolfo, i zachowałem się przy tym tak, jakbym Jego Świątobliwości w ogóle nie zauważył. To jednak ów ksiądz, Labellarte, przybywszy z Castel Gandolfo, poinformował mnie o spotkaniu z msgr. Macchim. Siedliśmy przy kawiarnianym stoliku naprzeciw wejścia do pałacu w Castel Gandolfo, by nieco poczekać, a on powiedział do mnie: „Idę i natychmiast dostarczę Ekscelencji odpowiedź”. Poszedł i powrócił, przynosząc wiadomość: „Niestety, odpowiedź nie może zostać udzielona natychmiast”. Monsignor Macchi rzeczywiście był wtedy w ogrodach Castel Gandolfo, towarzysząc Ojcu Świętemu. Ksiądz Domenico powiedział mi wtedy, że zatelefonuje jeszcze wieczorem, między szóstą a siódmą.

Powróciliśmy zatem wraz z ks. Labellartem do Albano, gdzie spożyliśmy posiłek. Potem pan Pedroni powtórnie zawiózł go do Castel Gandolfo, gdzie przypuszczalnie spotkał się z msgr. Macchim i zatelefonował do nas, do Albano: „Będzie Ekscelencja przyjęty na audiencji jutro, o wpół do jedenastej”. Przyznaję, że byłem mocno zaskoczony, gdyż wszystko odbyło się, bądź co bądź, tak szybko i zupełnie bez przygotowań! Następnego dnia, w sobotę, kwadrans po dziesiątej udaliśmy się do Castel Gandolfo. Tam, jak sądzę, święci anieli Pańscy przegnali wszystkich kurialnych urzędników, ponieważ gdy przybyłem, przy wejściu stało tylko dwóch szwajcarskich gwardzistów, potem spotkałem msgr. Maggiego4, nie zaś msgr. Macchiego – mają oni prawie takie same nazwiska. Monsignor Maggi, Kanadyjczyk, towarzyszył mi do windy, gdzie znajdował się tylko obsługujący ją chłopak, nikt ponadto. Wszyscy trzej pojechaliśmy na pierwsze piętro i tam, w towarzystwie msgr. Maggiego przemierzyłem wszystkie sale. Przeszedłem ich sześć czy siedem, zanim dotarłem do gabinetu Ojca Świętego; po drodze – ni żywej duszy. Bywałem już przyjmowany na prywatnych audiencjach za czasów Piusa XI, Piusa XII, Jana XXIII, nawet Pawła VI – zawsze był tam obecny przynajmniej gwardzista szwajcarski, przynajmniej papieski żandarm, jakichś kilka osób, jakiś pokojowiec czy prałat. Byli tam, by uniknąć dwuznaczności, by doglądać, aby wszystko odbywało się prawidłowo. Lecz teraz sale były puste, zupełnie puste! Dotarłem zatem do gabinetu Ojca Świętego, gdzie zastałem jego samego, obok zaś abp. Benellego; pozdrowiłem najpierw Ojca Świętego, następnie abp. Benellego, po czym usiedliśmy i audiencja się rozpoczęła.

Ojciec Święty był z początku raczej podenerwowany, można nawet powiedzieć – w pewien sposób rozgorączkowany i gwałtowny. Było po nim widać, że jest dotknięty do żywego i mocno urażony tym, co czynię, co my wszyscy czynimy. Zwrócił się do mnie: „Osądzasz mnie, ekscelencjo, wyrokujesz o mnie! Jestem dla ciebie modernistą! Protestantem! To niedopuszczalne! Źle postępujesz! Nie możesz tak dłużej. Powodujesz prawdziwy skandal w Kościele…!” i tak dalej. Wszystko to było powiedziane w tonie najwyższego zdenerwowania. Ja, naturalnie, cały ten czas milczałem.

Potem rzekł mi: „Mów teraz, no proszę, mów. Co masz, ekscelencjo, do powiedzenia?”.

Odpowiedziałem mu wtedy: „Nie przybywam tu jako przywódca tradycjonalistów. To Wasza Świątobliwość tak mnie nazwał. Jestem tylko katolikiem, księdzem, biskupem pomiędzy milionami katolików, pomiędzy tysiącami księży i bez wątpienia także pomiędzy innymi biskupami. Wszyscy jesteśmy rozdarci w naszych sumieniach, w naszych duszach, w naszych sercach. Z jednej strony pragniemy całkowicie podporządkować się Waszej Świątobliwości, podążać za Waszą Świątobliwością, a wszystko to bez najmniejszego nawet zastrzeżenia wobec osoby Waszej Świątobliwości. Z drugiej jednak strony zdajemy sobie sprawę, że kierunek, w jakim Stolica Apostolska podąża od czasów soboru, oddala nas od dzieła wielkich poprzedników Waszej Świątobliwości. Cóż zatem powinniśmy uczynić? Znajdujemy się w takim położeniu, że do wyboru pozostają nam jedynie dwie drogi: albo nawiązać do poprzedników Waszej Świątobliwości, albo też zerwać z nimi i przyłączyć się do Waszej Świątobliwości. To olbrzymie, niepojęte dla katolika rozdarcie. I nie ja je spowodowałem, nie jest to ruch przez mnie powołany do życia; to uczucie wypływające z serc wiernych, milionów wiernych, których nawet nie znam. Nie wiem także, jak oni są liczni. Są jednak na całym świecie, wszędzie. Wszyscy zaniepokojeni tym trwającym już od 10 lat rujnowaniem naszego Kościoła, obracaniem w zgliszcza coraz to większych połaci kościelnego życia. Proszę spojrzeć na przykłady: istnieje w ludziach pewne przekonanie, wewnętrzne przekonanie, leżące u podstaw wszystkich ich działań, wszystkich myśli i czynów. Tego przekonania ludzie nie chcą już i nie mogą zmienić, ponieważ stało się ono ich wyborem. Zdecydowali się na dochowanie wierności Tradycji, stając za tymi, którzy tę Tradycję podtrzymują. Proszę spojrzeć na siostry zakonne, które spotkałem przed dwoma dniami. Wspaniałe, godne tego miana siostry zakonne, zachowujące nakazy życia zakonnego, wychowujące powierzone im dzieci tak, jak życzą sobie tego ich rodzice. Wielu rodziców powierza tym siostrom swoje pociechy, wiedząc, że otrzymają one dobre katolickie wychowanie. To siostry, które zachowały swój strój zakonny, a ponieważ dochowały wierności modlitwie wszech czasów i katechizmowi wszech czasów, zostały ekskomunikowane, a ich przełożona zdjęta ze stanowiska. Pięciokrotnie przybywał do nich ich biskup, żądając rezygnacji ze stroju duchownego, jako że zostały przeniesione w szeregi laikatu. Ludzie, którzy widzą podobne rzeczy, przestają je rozumieć. A jednocześnie zakonnice, które zrezygnowały ze swego stroju, które wystawiły się na całą próżność i pokusy tego świata, nie przestrzegając już nakazów własnej reguły, właśnie zostały oficjalnie uznane przez episkopaty i tym nie czyni się najmniejszych zarzutów. Prości chrześcijanie, ludzie z ulicy, którzy widzą podobne rzeczy, nie mogą przejść nad nimi do porządku dziennego. Wśród księży sytuacja wygląda identycznie. Dobrzy księża, odprawiający Msze, modlący się, przesiadujący w konfesjonałach, wykładający prawdziwą naukę, nawiedzający chorych, noszący sutanny, księża, którzy cieszą się poważaniem i szacunkiem swych parafian, z powodu wierności i przywiązania do rytu mszalnego swej prymicji, do katechizmu wszech czasów, ci księża są narażeni niczym przestępcy na hańbiące kary, są ekskomunikowani. Lecz ci księża, którzy podejmują pracę w fabrykach, odrzucają sutannę, by nie wiedziano, kim naprawdę są, głoszący rewolucję, ci są oficjalnie akceptowani i nikt nie ośmieli się niczego im powiedzieć. W moim przypadku jest tak samo. Usiłuję wykształcić księży, dobrych księży, takich, jacy bywali kształceni wcześniej. Mamy wiele powołań, ci młodzi ludzie są podziwiani przez ludność, wszędzie gdzie się pojawią, czy to w pociągach, czy w metrze, są pozdrawiani, gratuluje im się noszenia duchownego stroju, ich postawy – a ja zostałem suspendowany a divinis! Lecz ci biskupi, którzy nie mają już ani jednego seminarzysty, ani jednego młodego księdza, którzy nie mają już nic albo też dysponują co najwyżej seminariami, które nie potrafią już wykształcić dobrych księży, tym nie mówi się ani słowa! Niech Wasza Świątobliwość zrozumie, że prosty chrześcijanin, porzucony chrześcijanin jasno to rozpoznał. On już się zdecydował, nie będzie więcej przyglądał się w spokoju. Miarka się przepełnia. Sytuacja w Kościele staje się nie do zniesienia!”.

„To nieprawda! Ekscelencja nie kształci dobrych księży – rzekł do mnie Ojciec Święty – gdyż składają oni ślubowanie przeciwko papieżowi!”.

„Co takiego? Ślubowanie przeciwko papieżowi? Ja – ślubowanie przeciwko papieżowi! Wychowuję ich w zupełnie przeciwnym duchu, w respekcie i czci wobec papieża, następcy św. Piotra. Modlimy się za Waszą Świątobliwość. Modlimy się za Ojca Świętego. Wasza Świątobliwość nigdy nie zdoła mi czegoś takiego wykazać! Czy mógłbym zobaczyć chociaż kopię tej przysięgi?”.

A teraz watykańscy reporterzy oznajmiają w dzisiejszej gazecie, którą sami mogliście przeczytać, że Watykan dementuje ten fakt i oznajmia, że nie jest prawdą, jakoby Ojciec Święty postawił mi podobny zarzut! Ojciec Święty nie zarzucił mi, ich zdaniem, że polecam jakoby swym seminarzystom i młodym księżom składanie ślubowania przeciwko papieżowi. Ale jak mógłbym to sobie wymyślić? To niewyobrażalne! Teraz to dementują. „Ojciec Święty nic takiego nie powiedział!”. To niesłychane! A ja, naturalnie, nie dysponuję nagraniem tej rozmowy. Nie poczyniłem także z tej rozmowy jakichkolwiek notatek, tak więc nie dysponuję żadnym konkretnym dowodem na potwierdzenie swojej wersji wydarzeń; niczym, poza moją reakcją! Nie mogę zapomnieć swej reakcji na to stwierdzenie Ojca Świętego.

Widzę jeszcze samego siebie wykonującego ten gest: „Ależ jak to w ogóle możliwe, że Wasza Świątobliwość czyni mi podobny zarzut! Czy mógłbym zobaczyć kopię tego ślubowania?”. A teraz mówią, że to nieprawda. Niesłychane!

Ojciec Święty rzekł następnie: „Czy nieprawdą jest, że osądzasz mnie, ekscelencjo?”. Miałem silne wrażenie, że zawsze odnosi coś do swojej osoby, jak gdyby czuł się osobiście dotknięty. „Osądzasz mnie! A zatem cóż powinienem zrobić? Może ustąpić z mego urzędu, a wtedy ty zająłbyś moje miejsce?”. Wtedy wzniosłem ręce nad głową: „Ależ Ojcze Święty, proszę nie mówić czegoś podobnego! Nie, nie, nie, nie!”.

Po czym rzekłem: „Ojcze Święty, za Twym pozwoleniem będę mówił dalej: rozwiązanie tego problemu leży w rękach Waszej Świątobliwości. Nie trzeba robić nic innego, jak tylko powiedzieć biskupom: «Przyjmijcie w duchu braterstwa, wyrozumiałości i miłości wszystkie te grupy tradycjonalistów, które pragną zachować dawne modlitwy, dawne sakramenty, dawny katechizm. Przyjmijcie ich, udostępnijcie im miejsca w celu sprawowania kultu, zjednoczcie się z nimi w taki sposób, by mogli się oni modlić, by mogli pozostać w łączności z wami, byście pozostali w duchowym związku z ich biskupem». Wasza Świątobliwość skieruje tylko jedno słowo do biskupów, a znowu zapanuje porządek, znikną nasze problemy. Wszystko powróci do normy. Dla mnie i moich seminarzystów nie byłoby niczym trudnym odwiedzić biskupów i prosić ich, by zezwolili na osiedlenie się księży Bractwa w ich diecezji. Wszystko uregulowałoby się samo z siebie. Chętnie podjąłbym współpracę z jakąś komisją, którą Wasza Świątobliwość wyłoniłby spośród członków Św. Kongregacji ds. Osób Zakonnych, a która mogłaby odwiedzić moje seminaria. Lecz naturalnie, nadal pragniemy i będziemy pragnąć służyć Tradycji. Bardzo chciałbym powtórnie nawiązać normalne, oficjalne stosunki ze Stolicą Apostolską i Świętymi Kongregacjami. Nie życzę sobie niczego ponadto”. Odpowiedział mi na to: „Muszę się nad tym zastanowić, muszę się pomodlić, muszę zasięgnąć opinii konsystorza5 oraz kurii6. Teraz nie mogę udzielić ci, ekscelencjo, odpowiedzi. Zobaczymy”.

Potem rzekł do mnie: „Pomódlmy się razem”, ja zaś: „Bardzo chętnie, Ojcze Święty”. Odmówiliśmy głośno Ojcze nasz, Przybądź, Duchu Święty, Zdrowaś Mario, a następnie odprowadził mnie niezwykle uprzejmie do drzwi, nieco ociężale, szedł z pewnym wysiłkiem, powłócząc nieco nogami. W sali obok poczekał, aż ks. Domenico przyjdzie, by mnie odprowadzić, i wręczył mu niewielki medal. Potem się rozstaliśmy. Arcybiskup Benelli przez cały ten czas nie otworzył ust. Jedynie notował, jak gdyby był sekretarzem. Nie przeszkadzał mi w najmniejszym stopniu. Jego obecność była wręcz niezauważalna. Sądzę, że tak samo jak mnie nie przeszkadzał również Ojcu Świętemu, gdyż nawet nie otworzył ust, nie wypowiedział ani słowa.

Jeszcze dwukrotnie powtórzyłem Ojcu Świętemu, że klucz do rozwiązania problemu spoczywa w jego rękach. On również wyraził zadowolenie z faktu, że rozmowa ta doszła do skutku. Odpowiedziałem, że zawsze jestem do dyspozycji. Potem poszliśmy.

Od tamtej chwili w gazetach można było znaleźć na ten temat wszystko, co tylko możliwe, nawet najbardziej fantastyczne wymysły. Zaakceptowałbym wszystko, podporządkowałbym się całkowicie. Lecz padające stwierdzenia były krańcowo odmienne: niczego nie zaakceptowałem, w niczym nie ustąpiłem. A teraz jeszcze słychać, że kłamałem, że wymyśliłem sobie rzeczy, które miałem omawiać z Ojcem Świętym. Ma się wrażenie, że wszyscy są tak wściekli z powodu dojścia tej audiencji do skutku, i to bez wcześniejszej zapowiedzi, bez zwykłych w takim wypadku wstępnych formalności, że teraz wszelkimi sposobami próbuje się ją zohydzić, a mnie samego oszkalować. Najwidoczniej ktoś żywi obawy, iż ta audiencja wywoła u wielu ludzi uczucie sympatii i ci ludzie powiedzą sobie: jeśli abp Lefebvre odwiedził teraz papieża, to dzielące ich problemy już nie istnieją, znowu poprzestaje z Ojcem Świętym na dobrej stopie. W rzeczywistości nigdy przecież nie byliśmy przeciwni Ojcu Świętemu, zawsze życzyliśmy sobie pozostawać z nim w zgodzie.

* * *

Dobrze się stało, że przypomniano to spotkanie sprzed prawie 40 lat, ponieważ zapis rozmowy Pawła VI z abp. Lefebvre’em pokazuje, jak niewiele się od tamtego czasu zmieniło: II Sobór Watykański nadal jest wynoszony pod niebiosa jako początek „nowej wiosny Kościoła”, a owa rzekoma wiosna wciąż przynosi tylko gorzkie owoce. Każdy, kto bez uprzedzeń spojrzy na sytuację, w jakiej obecnie znajduje się Kościół katolicki i katolickie społeczeństwa, musi przyznać, że to założyciel Bractwa Św. Piusa X miał rację – autodestrukcja Kościoła, o której przy innej okazji mówił Paweł VI, nadal postępuje, a nawet w ostatnich latach nabrała tempa.

Co mamy robić w tych strasznych czasach? Słowa abp. Marcelego Lefebvre’a z jego deklaracji z 21 listopada 1974 r. są nadal aktualne:

Jedyna droga wierności Kościołowi i doktrynie katolickiej, dla dobra naszych dusz, to kategoryczne odrzucenie reformy.

Dlatego też bez buntu, goryczy ni urazy kontynuujemy nasze dzieło formacji kapłańskiej w świetle odwiecznego Magisterium w przekonaniu, że jest to największa przysługa, jaką możemy oddać Kościołowi, papieżowi i przyszłym pokoleniom.

Z tej to przyczyny, w oczekiwaniu na chwilę, kiedy prawdziwe światło Tradycji rozproszy ciemności, zakrywające niebo nad wiecznym Rzymem, trzymamy się mocno tego, w co zawsze wierzono i praktykowano w Kościele w zakresie wiary, moralności, liturgii, katechizmu, formacji kapłanów, struktury Kościoła, a co zostało skodyfikowane w księgach sprzed okresu modernistycznych wpływów soboru.

Jesteśmy przekonani, że postępując w ten sposób, z pomocą łaski Bożej, Najświętszej Maryi Panny, św. Józefa i św. Piusa X zachowujemy wierność Kościołowi katolickiemu, wszystkim następcom św. Piotra i pozostajemy fideles dispensatores mysteriorum Domini Nostri iesu Christi in Spiritu Sancto – wiernymi szafarzami tajemnic naszego Pana Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Amen.

Cytowane fragmenty pochodzą z książki Aby Kościół trwał. Abp Lefebvre w obronie Kościoła i papiestwa. Dokumenty z lat 1971–1990, dostępnej w internetowej księgarni Wydawnictwa Te Deum.

  1. Dosł. trascrizione, KAI używa słowa „stenogram” – prawdopodobnie chodzi o notatki, a nie o stenograficzny, tj. dokładny zapis całej rozmowy – wszystkie przypisy red. WTK.
  2. Z zamieszczonej niżej relacji abp. Lefebvre’a wynika, że był to raczej drugi sekretarz Pawła VI, prał. John Magee.
  3. Wydawca – jest nim Edycja Świętego Pawła – w opisie książki napisał, że te dwa listy są „kolejnym dowodem świętości Pawła VI, pokornym i profetycznym świadectwem miłości {papieża} do Chrystusa i Jego Kościoła”; autorem komentarza do listów jest papież Franciszek.
  4. Prawdopodobnie chodziło o innego sekretarza papieża Pawła VI, ks. prałata Johna Magee, ponieważ wymowa tego nazwiska jest zbliżona do wł. Maggi. Jeśli tak, to Arcybiskup się pomylił — ks. Magee jest Irlandczykiem.
  5. Konsystorz papieski jest plenarnym zebraniem obecnych w Rzymie kardynałów, obradujących pod przewodnictwem papieża.
  6. Kuria Rzymska w szerszym znaczeniu to całe bezpośrednie otoczenie papieża, natomiast w węższym i właściwym znaczeniu stanowią ją rzymskie urzędy zwierzchnie, pomagające papieżowi w kierowaniu Kościołem.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Z historii FSSPX i oznaczony tagami , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.