Wyprawa na kraniec Polski. Relacja z obozu wędrownego w Bieszczadach

  • przez

Jak co roku, tak i tego lata obóz wędrowny zgromadził grupę młodzieży żądną zdobywania górskich szczytów. Eskapada trwała w sumie sześć dni, od poniedziałku do niedzieli (16–22 sierpnia). Zgłosiło się na nią aż 35 młodych chwatów, którzy nie mogli oprzeć się perspektywie wspólnej przygody w malowniczych Bieszczadach. Kierowało nimi trzech opiekunów: ks. Łukasz Szydłowski FSSPX, dk. Antoni Myśliński FSSPX i br. Maksymilian FSSPX.

Wypełnione wędrówką dni dały uczestnikom przedsmak wyzwań, jakie stawiają przed śmiałkami polskie Bieszczady. Chociaż wyprawa, rozpoczęta we wsi Lutowiska, zakończyła się w położonych zaledwie 20 km na południe Ustrzykach Górnych, to przecież jej trasa nie biegła linią prostą, ale prowadziła zygzakami przez lasy, połoniny i najwyższe grzbiety górskie regionu. W trakcie wędrówek uczestnicy rajdu zdobyli m.in. Połoninę Caryńską, Małą i Wielką Rawkę, Krzemieniec i Rozsypaniec oraz – co napełniło ich największą dumą – Tarnicę i Halicz.

Ks. Łukasz Szydłowski jak zwykle zadbał o to, aby letnia górska wędrówka była nie tylko wyzwaniem dla ciała, ale również przysłużyła się duszy i dlatego każdego dnia wygłaszał dla swych podopiecznych konferencję o kształtowaniu charakteru. Dzięki tym prelekcjom mogli oni łatwiej zrozumieć, jak powinien postępować młody mężczyzna, aby nie dać się pokonać światu, ale mężnie stawać w obronie wartości, którym hołduje.

Warunki na szlakach sprzyjały hartowaniu ducha: uczestnicy spędzali noclegi bądź to w przytulnych schroniskach lub słynnych bieszczadzkich bacówkach (gdzie mogli przespać się na materacach lub przynajmniej na gołych deskach), bądź w namiotach. Gdy zabrakło gorących posiłków, ciepłej wody i elektryczności, musieli zadowolić się suchym prowiantem i zimną wodą, światłem latarek lub blaskiem ogniska.

Kiedy na horyzoncie zamajaczyła jakaś restauracja, niektórzy przez ten widok prawie tracili zmysły, by za chwilę z radością opychać się specjałami górskiej kuchni; szczególnym wzięciem cieszyły się naleśniki z jagodami i śmietaną. Jednak niespodziewane odkrycia nie zawsze były przyjemne. Zdarzyło się, że zaznaczony na mapie strumień okazał się zaledwie cieniutkim ciekiem wodnym, z którego nijak nie można było się napić, a sklep, w którym podróżnicy planowali uzupełnienie zapasów, został zlikwidowany…

Mimo niełatwych warunków uczestnicy dzielnie pokonywali własne słabości i maszerowali nie narzekając. Na postojach i po kolacji liczne pogaduszki były okazją do wymieniania się wrażeniami i zacieśnienia więzów przyjaźni, a wieczorami chłopcy nierzadko wykazywali jeszcze tyle energii, że stawali do rozgrywek sportowych, grali w karty, w szachy lub siłowali się na rękę.

Po pełnym trudów i niewygód rajdzie w Bieszczadach wszyscy szczęśliwie dotarli do Ustrzyk Górnych, gdzie wreszcie mogli spędzić noc w wygodnym domu rekolekcyjnym. Po niedzielnej Mszy św., odprawionej przez ks. Szydłowskiego w intencji uczestników obozu, rozjechali się oni w swoje rodzinne strony, bogatsi o nową wiedzę i z silniejszą wolą, którą wyjątkowo skutecznie kształtują górskie znoje.