Przejdź do treści

Lewin Kłodzki: Relacja z Dominikańskiego Tygodnia Duchowości

Piękna Kotlina Kłodzka to doskonałe miejsce na rekolekcje dominikańskie

Późnym popołudniem w niedzielę 3 sierpnia Mszą św. rozpoczęliśmy nasz Dominikański Tydzień Duchowości – rekolekcje zorganizowane, przygotowane i prowadzone przez o. Wojciecha Gołaskiego OP w ramach apostolatu Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X. W rekolekcjach wzięło udział około 130 osób, w tym czterdzieścioro dzieci w różnym wieku. Uczestnicy pochodzili z różnych środowisk i różnych miejsc Polski; były też dwie osoby z zagranicy – jedna ze Stanów Zjednoczonych, a druga z Niemiec. Ta różnorodność uczestników okazała się wielce pożyteczna, pozwalając wzajemnie uczyć się od siebie i skłaniając do pokory. Młodzi rodzice mieli okazję do wymiany doświadczeń, umocnienia się na trudnej rodzicielskiej drodze oraz do odrobiny wytchnienia, jako że starszymi dziećmi opiekowało się młode małżeństwo – dwoje „dobrych Samarytan” – organizując im różne zabawy na świeżym powietrzu. Rodzice małych dzieci wykazywali godny pochwały takt, opiekując się nimi tak czujnie, że dzieci w zasadzie nie przeszkadzały.

Część z nas już od dawna znajdowała się pod opieką duszpasterską o. Wojciecha i kolejny raz korzystała z tej formy spędzenia czasu, godzącej wysiłek intelektualny i duchowy z wypoczynkiem i kontaktem z piękną przyrodą. Wszystkich nas łączyła wiara w to, w co wszyscy zawsze i wszędzie wierzyli… (św. Wincenty z Lerynu, Commonitorium). Tematem rozważań podczas DTD były sakramenty święte, omawiane przez o. Wojciecha na podstawie Pisma świętego, ojców Kościoła, św. Tomasza z Akwinu i dokumentów Kościoła w dwóch codziennych 45-minutowych konferencjach. Każdy z sakramentów został omówiony oddzielnie (później omówiono też wszystkie razem) i osadzony w kontekście prawd wiary katolickiej i całego życia wierzących. Jak słusznie o. Wojciech napisał do uczestników: „Wiemy, że w sakramentach otrzymujemy bezcenne dary, ale nie zawsze umiemy je dobrze przyjmować. Dlatego przez medytację prawd wiary dochodzić będziemy do wskazówek praktycznych”. Tej medytacji sprzyjał porządek precyzyjnie zorganizowanych dziennych zajęć, wspólnych posiłków i chwil na odpoczynek.

Czas rekolekcji był wypełniony śpiewem: nabożnych pieśni, chorału gregoriańskiego i modlitw. Każdy dzień rozpoczynał się Godzinkami o Niepokalanym Poczęciu NMPanny, w czasie Mszy wybrzmiewał chorał lub tradycyjne polskie pieśni nabożne, po południu miała miejsce melorecytacja różańca (wyjątkiem był piątek, kiedy uczestniczyliśmy w drodze krzyżowej), wieczorem chętni udawali się na wspólne śpiewanie pieśni przygotowywanych na Mszę dnia następnego lub też innych, wybranych ze śpiewnika (korzystaliśmy ze Zbioru pieśni nabożnych katolickich do użytku kościelnego i domowego, zawierającego 1102 pieśni, przygotowanego przez pelplińskie Bernardinum na podstawie II wydania z 1886 r.). Dzień kończyliśmy Apelem jasnogórskim, po którym jeszcze śpiewaliśmy Pod Twoją obronę i Wszystkie nasze dzienne sprawy.

W południe uczestniczyliśmy w Mszach św. celebrowanych bądź w tradycyjnym rycie rzymskim, bądź w rycie dominikańskim. Cztery Msze św. zostały odprawiane jako śpiewane, z chorałem rzymskim lub dominikańskim, który przenosił nas z naszej skromnej kaplicy do średniowiecznej katedry… a cztery – jako Missae Polonicae, czyli Msze czytane ze śpiewem polskich pieśni przez cały czas trwania nabożeństwa, z przerwą na ciszę kanonu. Śpiew prowadzili kantorzy z kilku środowisk, miłośnicy chorału i pieśni religijnych. Śpiewaliśmy zarówno utwory znane, jak i te, które dzisiaj już rzadko można usłyszeć, a które przetrwały w dawnych śpiewnikach i w pamięci starszych pokoleń. W tych nabożnych pieśniach zachowała się nasza polska tożsamość, serce i czułość dla Panienki Świętej. Ten śpiew przenosił nas do wiejskiego kościółka, rozświetlonego porannym słońcem i wypełnionego żarliwą modlitwą naszych przodków… Rodziła się refleksja: oni – przodkowie – tę tożsamość i religijność przechowali i przekazali nam; a czy my też potrafimy, czy zechcemy pójść za ich przykładem?

Nadzwyczajną łaską była dla nas możliwość adoracji Sanctissimum Sacramentum w tabernakulum, w zawsze dostępnej kaplicy.

Przez cały ten czas o. Wojciech był z nami, prowadził modlitwy, czuwał. Wykorzystywał każdą okazję, aby poprzez różne znaki i sytuacje inspirować nas do głębszej refleksji. W pośredni sposób przedstawiał nam wartości dominikańskiej duchowości. Wskazywał konieczność wysiłku myślowego i ciągłego szukania oraz odczytywania w Ewangelii (choć nie tylko tam) „sensu docelowego” oraz przyjmowania i przekazywania go innym, najlepiej bez słów, poprzez znaki (np. zachowanie, spojrzenie, ubranie, wyraz twarzy). A to wymaga wysiłku intelektualnego i unicestwienia siebie, bo przecież to Pan Bóg ma działać, a nie my.

Ważną częścią DTD była parodniowa wizyta ks. Karola Stehlina FSSPX. Wielu wiernych po raz pierwszy miało okazję poznać i posłuchać tego kapłana, któremu my, Polacy zawdzięczamy, po ludzku rzecz ujmując, poznanie Tradycji Kościoła i prawdziwej wiary katolickiej, a poprzez Rycerstwo Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji będącego także ambasadorem polskości na całym świecie.

Ks. Stehlin wygłosił konferencje o sakramentach bierzmowania i kapłaństwa. Szczególnie istotne było podkreślenie związku kapłaństwa z ofiarą Chrystusa i tego, jak ważni dla całego świata są kapłani katoliccy oraz jakie znaczenie dla odkrycia powołania mają modlitwa i wychowanie w katolickiej rodzinie. Ks. Stehlin brał też udział w wieczornych rozmowach z wiernymi, jakie codziennie prowadził o. Wojciech. Obaj kapłani odpowiadali na pytania i prowadzili przy tym błyskotliwy dialog, pełen finezyjnego dowcipu i wypełniony wzajemnym szacunkiem i serdecznością: kapłan w czerni – w sposób żywiołowy, kapłan w bieli – powściągliwy. Była to także w sposób swobodny przekazana nam lekcja rozmowy z bliźnim.

W wieczornych rozmowach o. Wojciech wyjaśniał wątpliwości, uzupełniał omawiane wcześniej kwestie i cierpliwie odpowiadał na nasze pytania.

Warto wspomnieć o milczeniu. Obowiązek jego zachowania w określonych porach dnia został przedstawiony przez o. Wojciecha w informacji o rekolekcjach, zatem każdy, kto zgłosił swój udział, zawierał umowę, zgodnie z którą zobowiązywał się do przestrzegania milczenia. Niestety, dotrzymywanie tej umowy nie było naszą silną stroną. Jej łamanie narażało tych uczestników, którzy szanując siebie i innych takie zobowiązania traktowali poważnie, na zmęczenie gwarem, rozproszenie, niezadowolenie, a gaduły – na brak duchowych owoców rekolekcji… Jeśli więc pragniemy podobnych rekolekcji w przyszłym roku, to z obowiązku milczenia powinniśmy się lepiej wywiązać, zwłaszcza, że o. Wojciech jeden z wykładów poświęcił szkodliwości gadulstwa – zarówno dla gaduł, jak i dla tych, którzy chcą albo muszą ich słuchać.

Cały ten niepowtarzalny czas spędziliśmy w Lewinie Kłodzkim, położonym między Wzgórzami Lewińskimi a Górami Orlickimi, w pobliżu granicy z Czechami. Lewin to urokliwa, nastrojowa miejscowość, bez supermarketu, za to z licznymi ścieżkami prowadzących w miejsca idealne na spacery i rozmyślania. Jakież wytchnienie po miejskim hałasie! Znakomity wybór na tydzień treningu trzeźwego myślenia o rzeczach nadprzyrodzonych. Codzienny, wystarczająco długi czas na wypoczynek można było wypełnić spacerami po okolicznych szlakach, a płuca napełnić krystalicznie czystym powietrzem. Dla tych, którzy nie lubią aktywnie spędzać wolnych chwil, też znalazło się coś dobrego. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, na początkowo pustych regałach sali spotkań pojawiły się książki, dzięki którym popołudnia można było przeznaczyć na lekturę duchową wysokiej jakości.

Gościliśmy w ośrodku „Marysieńka”. Na rozległym terenie, otoczone kwiatami, znajdują się dwa domy wypoczynkowe, a w nich wygodne pokoje, z łazienkami i zawsze ciepłą wodą. Są trawniki i inne miejsca przeznaczone do zabawy, gier i różnych sportów – raj dla dzieci, które miały dużo przestrzeni do wyhasania się. Na jednym końcu posiadłości znalazła się kaplica, a bliżej naszych mieszkań – świetlica przeznaczona na spotkania. I trzy zabytkowe krzyże sprzed wieków… Ta różnorodność miejsc, w których w ciągu dnia przebywaliśmy, miała wiele dobrych stron: w przerwach pozwalała na krótki odpoczynek i pooddychanie rześkim powietrzem, powąchanie kwiatów i refleksję nad… „sensem docelowym” zapachu floksów i urody hortensji. Wszystko to pozwalało zapomnieć o tym, że jest nas tak dużo. Oczywiście posiłki dobre i obfite, dużo zieleniny i jarzyn; kawa z ekspresu – różnego rodzaju i bez ograniczeń (co zagrażało cnocie umiarkowania), a kelnerki zawsze uśmiechnięte i pomocne. Oto nasza „Marysieńka”, w której czuliśmy się jak we własnym domu.

Wyjątkowy Skrzypek i Pan Instrumentalista

Mimo że z powodu nieprzestrzegania milczenia na to nie zasłużyliśmy, ostatniego wieczoru o. Wojciech przygotował dla nas niespodziankę: biesiadę przy cieście, kawie i muzyce. Grali Wyjątkowy Skrzypek (czyli sam o. Wojciech) oraz Pan Instrumentalista – ten drugi na akordeonie i różnego rodzaju fletach, który także śpiewał i prowadził rozmaite tradycyjne zabawy dziecięce. Był więc Stary niedźwiedź mocno śpi…, Po zielonym stawie pływają łabędzie i inne. Bawiły się starsze dzieci, a dorośli siedzieli wokoło i zajadając pyszne ciasto cieszyli się widokiem młodego, katolickiego pokolenia. Była to jedna z takich chwil, jaką warto zapamiętać na trudniejsze czasy. A po wieczornej modlitwie nastąpiło jeszcze poświęcenie przez o. Wojciecha stosu dewocjonaliów, trwające chyba do północy.

Do dobrych rzeczy człowiek szybko się przyzwyczaja, ale wreszcie nadeszła niedziela 10 sierpnia, a z nią zakończenie naszych pięknych i bogatych duchowo rekolekcji. Przyszło nam pożegnać gościnny Lewin. Zanim jednak do tego doszło, wysłuchaliśmy Mszy św. z kazaniem, w którym – przez odniesienie się do Ewangelii tej niedzieli – o. Wojciech w sposób dominikański, a więc niebezpośrednio, udzielił nam pouczenia, przestrogi na drogę, na przyszłość: oby przez nas Pan Jezus nie zapłakał… (por. Łk 19, 41–47).

Ostatnie śniadanie, ostatnia kawa, pożegnania, uściski… Do zobaczenia za rok – jeśli Pan Bóg pozwoli!

Pozostaje nam wdzięczna pamięć modlitewna za Bractwo Kapłańskie św. Piusa X, które zachowało i przekazuje niezmienne Magisterium Kościoła, za jego przełożonego w Polsce ks. Karola Stehlina i za o. Wojciecha, który ukazał nam taki filar życia duchowego, jakim jest duchowość dominikańska, wzbogacona od wieków śpiewaną modlitwą Kościoła. Deo gratias!

Klamra refleksji

Choć Dominikański Tydzień Duchowości nie był moim pierwszym urlopem, który przeznaczyłam na rekolekcje, to jednak pierwszym w takiej formie. Ogromnie pomyliłby się ten, kto oczekiwałby dobrze znanych „rekolekcji dla wszystkich, połączonych z wypoczynkiem w urokliwej okolicy”, ale trochę i ten, kto wyobrażałby sobie formułę ignacjańską. Zatem co otrzymaliśmy przez te siedem dni? Podsumowałabym to jako wyjątkową lekcję cichości, cierpliwości i pokory. Dlaczego tak?

Te trzy przymioty: cichość, cierpliwość i pokora okazały się kluczem do niemal wszystkich treści i wyzwań, jakie złożyły się na te rekolekcje. Ich konieczność uwydatniły wykłady o istocie i naturze sakramentów, przebywanie w dużej grupie osób, współdzielenie pokoi. Ich znaczenie i obecność w relacji z Panem Bogiem i bliźnimi nieustannie krążyły w treści wykładów. Była to piękna, dominikańska nauka trzeźwego i pogłębionego myślenia o istocie tego, co transcendentne; pochwała prawdy i przykład, jak rozmawiać o rzeczach Bożych oraz instrukcja, jak podać Panu Bogu swoją bezradną, dziecięcą rączkę, by dać Mu się prowadzić… a także wiele okazji do ćwiczenia zdobytej wiedzy w praktyce oraz późniejszej refleksji na temat rezultatów. Siedem dni to odpowiednio długo, by kontemplować miłość Pana Boga i trenować miłość bliźniego. To wystarczający czas, żeby pojąć wiedzę i zdążyć zadać pytania, spięty klamrą niedzielnej Mszy świętej. Domknięta całość w mądrym Bożym porządku. Okazja do rozmyślań i przyjrzenia się temu, jak zachowujemy się wobec Pana Boga i innych ludzi – bo było na to dużo czasu, odpowiednie miejsce i okoliczności.

Był to tydzień, po którym oceniam, że – dzięki Bożej łasce – coś pojęłam i mogę dołożyć kolejny element do układanki mojego życia duchowego: żeby żyć, trzeba uznać własną bezradność, w cichości serca, z cierpliwością i pokorą oddać się Panu Bogu, bo jedynie On wie, jak utrzymać nas przy życiu. Tę właśnie refleksję, która dopełnia zdobycze pozostałych wysiłków duchowych, przyniósł mi Dominikański Tydzień Duchowości.

Powracając więc, niejako siłą rzeczy, do porównania z innymi rekolekcjami: dla kogoś, kto jeszcze nigdy nie był na rekolekcjach ignacjańskich, to dobry wstęp przed podjęciem kolejnego duchowego wyzwania. Dla kogoś, kto – tak jak ja – już odbył „trening” ignacjański oraz maryjny – to piękna klamra wzbogacająca cykl. Dla kogoś, kto w rozwoju duchowym zaszedł już nieco dalej, to okazja do ugruntowania i podzielenia się otrzymanymi od Boga darami z innymi. Słowem: warto!

Uczestniczka M.

Jak na Dominikańskim Tygodniu Duchowości pokochałam krzyki dzieci

Według ogłoszenia w określonych porach dnia miało obowiązywać milczenie, a udział w rekolekcjach mogły wziąć rodziny z dziećmi, bez względu na wiek. Ten obowiązek milczenia wydawał mi się nie do pogodzenia z obecnością dzieci, no bo jak zapewnić milczenie… niemowląt?

Już na pierwszym spotkaniu o. Wojciech rozwiał wątpliwości: dorośli milczą, dzieci nie… i jakby w odpowiedzi na to oświadczenie niemowlęta zmęczone podróżą i nowymi warunkami dały istny koncert w pełnym fortissimo, który tylko z trudem wytrzymałam. Byłam przerażona, ale pomyślałam, że zapewne jest coś, o czym nie wiem… I już następnego dnia wiedziałam, że ten „koncert” niemowląt jest drogocenny i bez niego nigdy nie pojęłabym, na czym polega, tak konieczna, miłość bliźniego.

A stało się to po pierwszej konferencji, w której o. Wojciech omówił nasze gadulstwo, powódź zbędnych i pustych słów rodzących się z emocji i oddających naszą bezradność. Słowo „bezradność” stało się dla mnie kluczem do zrozumienia, że te krzyczące niemowlęta wobec nas są jak my, ludzie dorośli, wobec Pana Boga – Jego biednymi, zagubionymi dzieci w naszym życiowym nieuporządkowaniu, naiwnej samodzielności, potykającymi się co krok. Z tą różnicą, że w spojrzeniu Pana Boga na nas jest miłosierdzie i cierpliwość, a w moim była surowość sędziego…

Przy następnym posiłku nastąpił „koncert” półrocznego Jasia i… przeszywająca mnie na wylot myśl, że w spojrzeniu Pana Boga i ja jestem jak ten Jaś: małym, hałaśliwym i bezradnym dzieckiem, z tą znowu różnicą, że w spojrzeniu Bożym na mnie jest miłosierdzie.

Ta świadomość przeniknęła mnie tak mocno, że już do końca pobytu nie słyszałam hałasu, a na dzieci, gdy ćwiczyły swoje możliwości głosowe, patrzyłam z czułością i z rozbawieniem, zwłaszcza że niemowlęta na ogół były spokojne i zadowolone, a jedna paromiesięczna dziewuszka przy każdej okazji hojnie rozdawała uśmiechy. To była dla mnie praktyczna lekcja miłości bliźniego, wręcz fizycznie odczuwane zrozumienie, że w miłości bliźniego nie chodzi o to, żeby ją odczuwać, gdy bliźni jest dla mnie miły… Miłość, jakiej Pan Bóg ode mnie oczekuje, to miłosierny i wyrozumiały stosunek do bliźniego także wtedy, gdy jest on uciążliwy, denerwujący i męczący, w zgiełku, w hałaśliwym tłumie. To wymaga pewnej ofiary z mojej strony, ale ta ofiara ma głęboki sens i zapewnia bezcenny pokój duszy.

Obym nie zagubiła w codzienności tej perspektywy spojrzenia na siebie i innych… na nas – bezradne dzieci Boże.

Uczestniczka E.

Skip to content