
23 kwietnia bp Atanazy Schneider podzielił się osobistymi wspomnieniami z uczniami prowadzonej przez Bractwo św. Piusa X w Józefowie Szkoły św. Tomasza z Akwinu. Mówiąc o swoim dzieciństwie w czasach komunizmu, pielęgnowanej w ukryciu wierze oraz heroicznym przykładzie swojej rodziny, biskup pomocniczy Astany zachęcał młodych ludzi do pilnego strzeżenia skarbu wiary katolickiej.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Niestety, nie znam polskiego, będę więc mówił po angielsku, a ks. Karol Stehlin przetłumaczy moje słowa na wasz język. Przede wszystkim pragnę podziękować dyrektorowi za zaproszenie. Bardzo się cieszę, że mogę być wśród was, w waszej szkole. Chciałbym dziś podzielić się z wami kilkoma doświadczeniami z mojego życia.
Urodziłem się w byłym Związku Sowieckim. Jesteście stosunkowo młodzi, więc nie poznaliście na własnej skórze, czym był reżim komunistyczny, jednak wasi rodzice, a także niektórzy nauczyciele prawdopodobnie wciąż pamiętają czasy komunizmu w Polsce. Była to dyktatura ideologiczna.
Komunizm dążył do całkowitego wyeliminowania Boga z życia społecznego. Chciał stworzyć społeczeństwo ateistyczne. Nazywano to materializmem: liczyła się tylko rzeczywistość materialna i doczesna. Nie było miejsca na to, co wieczne czy nadprzyrodzone. Największe zagrożenie dla komunistów stanowił Kościół, ponieważ wiara i katolickie życie były absolutnie nie do pogodzenia z ideologią ateistyczną.
Właśnie w takim systemie dorastałem. Moi rodzice byli Niemcami z rodzin osadników na terenie Imperium Rosyjskiego. Były tam dwie wsie: jedna zamieszkana przez niemieckojęzycznych katolików, a druga przez protestantów. Aż do czasów Stalina żyli oni w tych wioskach w pobliżu Morza Czarnego.
Jak wiecie, Stalin był jednym z najpotężniejszych dyktatorów komunistycznych. W latach 1936–1937 przeprowadził operację, określaną przez siebie mianem „oczyszczenia” społeczeństwa. Były to dwa lata terroru. W tym czasie w Związku Sowieckim zamordowano miliony niewinnych ludzi. Stalin nazywał te ofiary „potencjalnymi wrogami komunizmu”. A kim byli ci „potencjalni wrogowie”? Przede wszystkim byli to księża, następnie intelektualiści, a wreszcie ci, którzy posiadali jakiś majątek. Tak więc praktycznie wszyscy katolicy i wszyscy wierzący byli uznawani za zagrożenie dla komunizmu. Jako wrogowie byli traktowani również ludzie potrafiący myśleć samodzielnie i rozumieć naturę zmian w życiu społecznym. Komunizm dążył do wyrugowania własności prywatnej.
Jedną z ofiar tej czystki był mój dziadek, Sebastian Schneider. Został zamordowany, ponieważ był katolikiem, Niemcem i posiadał trochę ziemi. Miał zaledwie dwadzieścia siedem lat. Dopiero co się ożenił. Moja babcia została wdową w wieku dwudziestu pięciu lat, a mój ojciec był wtedy jeszcze małym dzieckiem.
Kiedy wykonano wyrok na moim dziadku, milicja przyszła przeszukać dom babci. Na ścianach wisiało wiele obrazów o treści religijnej. Milicjanci powiedzieli jej:
‒ To zabronione. Żyjemy w państwie ateistycznym. To wszystko musi zostać usunięte.
Kazali babci zdjąć je w swojej obecności, jednak ona odmówiła:
‒ Nie zrobię tego.
Wtedy milicjant podszedł do ściany, aby zdjąć je samemu. Wówczas babcia krzyknęła:
‒ To nie ty powiesiłeś te obrazy na ścianie, więc nie masz prawa ich zdejmować!
Milicjant był tak zaszokowany, że niczego nie ruszył i w milczeniu opuścił dom. Ja sam zawsze uważałem to wydarzenie za nadzwyczajne, niemal cud, bowiem wiemy, że Bóg w szczególny sposób chroni wdowy i sieroty.
Po II wojnie światowej moi rodzice zostali deportowani na Ural do pracy w kopalniach i lasach. Warunki były tam straszne: zimą temperatura spadała poniżej 40 stopni, jedzenia było bardzo mało, a praca niezwykle ciężka. Wielu zmarło z wycieńczenia lub zamarzło w lasach. Budząc się rano nie wiedzieli, czy wieczorem będą jeszcze żyć.
Wszyscy ci deportowani byli Niemcami: katolikami lub protestantami. Kiedy rano zabierano ich do pracy w lesie, katolicy głośno odmawiali różaniec. Po pewnym czasie dołączyli do również protestanci. W obliczu śmierci nawet oni szukali wstawiennictwa Maryi.
W tym niemieckim getcie udało się potajemnie zorganizować prawdziwe życie religijne. Jednymi z głównych organizatorów tego podziemnego Kościoła byli moi rodzice.
Wiara pielęgnowana w ukryciu i narodziny powołania
Pewnego dnia moja matka uratowała księdza ściganego przez organy bezpieczeństwa. Nazywał się Aleksy Zarycki, był ukraińskim kapłanem grekokatolickim, który odprawiał Mszę św. również w rycie rzymskim. Później zginął śmiercią męczeńską w Kazachstanie i został beatyfikowany przez Kościół.
Był rok 1958. W tym niemieckim getcie ks. Aleksy potajemnie odprawiał Mszę św., na której obecna był również moja matka. Podczas Mszy ktoś z wiernych pojawił się z ostrzeżeniem:
‒ Milicja idzie!
Ksiądz Aleksy nie wiedział, co robić. Wówczas moja matka powiedziała:
‒ Proszę pójść ze mną. Ukryję księdza.
Wyprowadziła go z getta do dzielnicy zamieszkanej wyłącznie przez Rosjan, których znała, i ukryła go w małym pokoju. Podała mu jedzenie i picie, gdyż nic nie jadł od dwóch dni: cały czas spędzał na słuchaniu spowiedzi. Było tam około tysiąca katolików, z których niektórzy nie spowiadali się od dziesięciu lat.
Gdy zapadł zmrok, moja matka i ciotka poprowadziły księdza przez zaśnieżony las na inną stację, oddaloną o dwanaście kilometrów, ponieważ główna stacja była obserwowana przez milicję. Niebezpieczeństwo było ogromne. Jako internowana Niemka moja matka nie miała prawa opuszczać getta. Gdyby milicja ją aresztowała, konsekwencje byłyby straszne. A przecież zostawiła w domu dwoje małych dzieci: mojego brata i siostrę.
W końcu dotarli na stację. Matka kupiła księdzu bilet i usiedli w poczekalni. Nagle otworzyły się drzwi: weszła milicja. Ksiądz zamarł. Nie ze strachu o siebie – był już kilka razy w więzieniu – ale o moją matkę, która podejmowała ogromne ryzyko mając dwoje małych dzieci.
Milicjant zapytał:
‒ Dokąd jedziecie?
Ksiądz, sparaliżowany strachem, nie odpowiadał. Wtedy moja matka powiedziała spokojnie:
‒ To nasz znajmy. Odprowadzamy go. Oto jego bilet.
Milicjant spojrzał na bilet, po czym zwrócił się do księdza:
‒ Proszę nie wsiadać do ostatniego wagonu, bo na następnym postoju zostanie odłączony i nie pojedzie dalej. Życzę przyjemnej podróży.
Po czym wyszedł.
Ks. Aleksy powiedział wtedy do mojej matki:
‒ Bóg zesłał nam anioła.
Ten oficer faktycznie pomógł mu uciec przed obławą. Potem ksiądz dodał:
‒ Nigdy nie zapomnę tego, co dla mnie zrobiłaś. Podczas każdej Mszy będę modlił się za ciebie i twoje dzieci. A jeśli Bóg pozwoli, kiedyś wrócę, aby was odwiedzić.
Później ks. Aleksy został zesłany do Karagandy w Kazachstanie. W międzyczasie moi rodzice wyjechali z Uralu do Kirgistanu, gdzie się urodziłem. Ks. Aleksy dowiedział się o naszej przeprowadzce i przyjechał z Kazachstanu, aby nas odwiedzić. Potajemnie odprawił Mszę św. w naszym domu.
Byłem wtedy rocznym dzieckiem. Obok prowizorycznego ołtarza stało moje łóżeczko. Czasem żartuję, że służyłem do Mszy mając zaledwie roczek. Ksiądz pobłogosławił nasz dom, moich braci, siostry i mnie. Potem wrócił do Karagandy, gdzie został aresztowany przez KGB i zesłany do owianego złą sławą obozu pracy przymusowej Karłag1Karagandyjski Obóz Pracy Poprawczej, jeden z największych obozów pracy na terenie ZSRS, położony w Kazachstanie ‒ przyp. red., gdzie ‒ wiele wycierpiawszy ‒ zmarł w 1963 r. Z tego powodu został beatyfikowany jako męczennik.
Również w Kirgistanie moi rodzice organizowali potajemne Msze. Mieliśmy bardzo mało księży; wielu z nich przebywało w więzieniach. Czasami niespodziewanie pojawiał jakiś kapłan. Te Msze były sprawowane w ciszy i z zachowaniem największej ostrożności, ponieważ nieustannie musieliśmy uważać na KGB.
Kiedy się urodziłem, w Kirgistanie nie było żadnych księży. Moja matka nie wiedziała, kiedy pojawi się następny: może za sześć miesięcy, może za rok. Nie chciała, żebym tak długo pozostawał bez chrztu. Znała dobrze katechizm; wiedziała, że w razie konieczności chrztu może udzielić również osoba świecka. Tydzień po moich narodzinach postanowiła sama mnie ochrzcić, w obecności mojego ojca. Wzięła katechizm i zastosowała się dokładnie do wszystkich instrukcji. Po chrzcie zapytała ojca:
‒ Czy zrobiłam to dobrze?
Ojciec odpowiedział:
‒ Nie wiem…
Zaczęła więc od nowa, bo chciała mieć absolutną pewność. Kilka miesięcy później przyjechał jezuita, który potajemnie przybył z Litwy (był nim ks. Antoni Šeškevicius SI ‒ przyp. tłum.). Poprosił, aby przyprowadzono do niego wszystkie dzieci ochrzczone przez rodziców, ponieważ nie mógł ustalić, czy chrzty były ważne. Moja matka zabrała mnie do niego, a on ochrzcił mnie ponownie. Zostałem więc ochrzczony trzy razy! Dlatego teraz nie mam absolutnie żadnych wątpliwości co do ważności mojego chrztu.
Bardzo dobrze pamiętam też wigilię Bożego Narodzenia w Kirgistanie. Tam Boże Narodzenie było zwykłym dniem pracy i nauki. Świętować można było tylko potajemnie, w nocy. Władze surowo zabraniały zgromadzeń modlitewnych, dlatego każdego roku moi rodzice organizowali je w naszym domu dla mieszkających w okolicy niemieckich katolików.
Dokładnie naprzeciw nas mieszkał komendant lokalnej milicji o imieniu Anatolij. Był on komunistą, ale takim raczej na pokaz ‒ i przyjaźnił się z naszą rodziną. W wigilię mój ojciec poszedł do niego:
‒ Wiesz, jutro jest Boże Narodzenie. My, katolicy, musimy modlić się i śpiewać przez całą noc.
Anatolij odpowiedział:
‒ To zabronione… ale obiecuję ci, że tej nocy nie przyjdzie żaden milicjant. Módlcie się i śpiewajcie.
Potajemnie zapewniał nam więc bezpieczeństwo.
Potem przeprowadziliśmy się do Estonii. Pierwszą rzeczą, jaką moi rodzice tam zrobili, było poszukanie kościoła katolickiego. W końcu znaleźli go… sto kilometrów od naszego domu. Uszczęśliwieni wykrzyknęli:
‒ Dzieci, jakaż to wielka łaska! Tak blisko do kościoła: tylko sto kilometrów! W Kazachstanie i Kirgistanie czasem trzeba było jechać dziesięć razy dalej!
Tak więc w każdą niedzielę podróżowaliśmy pociągiem łącznie dwieście kilometrów, aby uczestniczyć we Mszy. Pragnąc uniknąć kontroli milicyjnych, zawsze wyjeżdżaliśmy po zmroku i wracaliśmy ostatnim pociągiem, około północy.
Kościół znajdował się w mieście Tartu. Mieszkał tam łotewski kapucyn, który również spędził wiele lat w Karłagu. Wszystkie Msze św. były odprawiane w tradycyjnym rycie, tak jak tutaj, w waszym kraju. To tam przystąpiłem do I Komunii św. i zostałem bierzmowany. Ponieważ nasza rodzina mieszkała najdalej od kościoła, ksiądz zaproponował nam spędzanie niedzielnych popołudni w pokoju na plebanii, gdzie mogliśmy bezpiecznie czekać na pociąg.
Pewnego dnia ‒ jest to jedno z najżywszych wspomnień z mojego dzieciństwa ‒ po Mszy, idąc z matką w stronę plebanii, zapytałem, po prostu z ciekawości:
‒ Mamo, jak się zostaje księdzem?
Ten kapłan wywarł na mnie ogromne wrażenie, jednak wówczas jeszcze nie myślałem na poważnie o zostaniu księdzem. Chciałem po prostu zrozumieć. Matka odpowiedziała:
‒ Najważniejsze jest otrzymanie wezwania od Boga.
Nie rozumiałem wtedy, co miała na myśli. Myślałem, że wezwanie przez Boga oznacza głos dobiegający z nieba! Od tego momentu nigdy więcej nie pytałem, jak zostać księdzem. A jednak zostałem kapłanem… a nawet biskupem. Ta krótka rozmowa z matką wyryła się w mojej pamięci na całe życie. Wiele lat później wróciłem do tego miejsca w Estonii. Uklęknąłem dokładnie tam, gdzie odbyła się ta rozmowa, i podziękowałem Bogu za moje powołanie kapłańskie.
Skarb wiary katolickiej
Później udało się nam opuścić Związek Sowiecki i wyjechać do Niemiec. Po dotarciu do małego katolickiego miasteczka w Niemczech natychmiast udaliśmy się do kościoła. I tam przeżyliśmy ogromny szok: po raz pierwszy w życiu zobaczyliśmy ludzi przyjmujących Komunię św. na rękę. Było to dla nas coś niewyobrażalnego.
Przed naszym wyjazdem z Estonii o. Janis Pawlowskis ostrzegał nas:
‒ Kiedy będziecie już w Niemczech, nie chodźcie do kościołów, w których udziela się Komunii na rękę.
Obiecaliśmy mu to. Reakcja mojej matki była kategoryczna:
‒ To straszne! Nigdy nie wrócimy do tego kościoła.
Ale w następnym kościele było tak samo; podobnie w następnym. Pewnego wieczoru, po odwiedzeniu kilku kościołów, matka zebrała nas wszystkich i zaczęła płakać:
‒ Moje dzieci, nie rozumiem, jak można w ten sposób traktować naszego Pana Jezusa Chrystusa…
To właśnie łzy mojej matki stały się jednym z pierwszych impulsów, które w późniejszych latach skłoniły mnie do napisania książki przeciwko przyjmowaniu Komunii św. na rękę i w postawie stojącej2Corpus Christi. Komunia święta i odnowa Kościoła, wyd. Sióstr Loretanek, Warszawa 2015..
Dopiero wtedy zacząłem służyć do Mszy św. jako ministrant, ponieważ w krajach znajdujących się pod okupacją sowiecką było to dla dzieci zabronione. I to właśnie podczas służenia do Mszy w moim sercu zrodziło się powołanie kapłańskie. Byłem przekonany: muszę zostać księdzem. Dopiero wtedy zrozumiałem, co moja matka miała na myśli, mówiąc o „wezwaniu przez Boga”.
Co jest najcenniejszym darem, jaki otrzymałem w życiu? Jedną z największych łask, jakich Bóg mi udzielił, jest fakt, że z mlekiem matki wyssałem prawdziwą wiarę katolicką. To największy skarb. I ten dar wiary katolickiej jest w moich oczach większy nawet niż kapłaństwo czy sakra biskupia. Integralna wiara katolicka to najcenniejszy skarb, jaki możemy posiadać.
I tego właśnie wam życzę, drodzy uczniowie: abyście przyjęli ten skarb i troskliwie go strzegli. Jest on bezcenny. Nie pozwólcie nikomu go sobie ukraść. Jest wart o wiele więcej niż jakiekolwiek osiągnięcia zawodowe czy też tytuły, które moglibyście kiedykolwiek zdobyć w tym życiu.
Może któryś z was, chłopców, powie kiedyś: „Mój Boże, jeśli jest to zgodne z Twoją wolą, chciałbym zostać księdzem”. A może młoda dziewczyna będzie się tak modlić: „Mój Boże, jeśli chcesz, daj kiedyś powołanie jednemu z moich przyszłych synów”. Ci natomiast spośród was, którzy otrzymają powołanie do małżeństwa i założenia rodziny, powinni pamiętać, że waszym głównym obowiązkiem będzie przekazanie swoim dzieciom tego skarbu wiary katolickiej.
Zakończę krótką anegdotą. Mój dawny arcybiskup z Karagandy, abp Lenga, który teraz mieszka w Polsce, pewnego dnia uczestniczył w synodzie w Rzymie. Pewien kardynał, witając się z nim, zapytał:
‒ Kim jesteście?
Abp Lenga odpowiedział:
‒ Jestem biskupem z Kazachstanu. A wy?
Wówczas kardynał wymienił wszystkie swoje tytuły:
‒ Jestem kardynałem, prefektem takiej a takiej kongregacji, przewodniczącym tego, członkiem tamtego…
Kiedy skończył wreszcie tę litanię tytułów abp Lenga spojrzał na niego i zapytał:
‒ Eminencjo… a czy Eminencja jest katolikiem?
Ponieważ ten kardynał zapomniał o najważniejszym: o tym, że jest katolikiem. A to właśnie ma największe znaczenie.
Bardzo dziękuję za uwagę i życzę wam wielu sukcesów w nauce. Największym jednak sukcesem będzie, jeśli będziecie kochać wiarę katolicką, bronić jej i żyć nią aż do waszego ostatniego tchnienia.
Jeszcze raz dziękuję za uwagę.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus.
Przypisy
- 1Karagandyjski Obóz Pracy Poprawczej, jeden z największych obozów pracy na terenie ZSRS, położony w Kazachstanie ‒ przyp. red.
- 2Corpus Christi. Komunia święta i odnowa Kościoła, wyd. Sióstr Loretanek, Warszawa 2015.